Ser kozi Picandou

Paleta 24 krąż­ków świe­żego, czy­sto koziego sera z Peri­gord (hrab­stwo w Akwi­ta­nii, płd. — zach. Fran­cja). Do bez­po­śred­niego spo­ży­cia lub na tar­tince, dobrze har­mo­ni­zuje (kom­po­nuje się) sma­kowo z mio­dem albo oliwkami.

Ser kozi Picandou można kupić:

bezpośrednio z naszej strony z wygodną i szybką wysyłką do Twojego domu (Frisco).
Możesz również skorzystać ze szczegółowej listy sklepów wybierając swoje miasto:
  1. Auchan, Hetmańska 16
  2. Auchan, Produkcyjna 84
  1. Bomi, Roździeńskiego 97
  1. Auchan, Kamieńskiego 11
  1. Auchan, Gliwicka 3
  1. Auchan, Puławska 46
  1. Schiever Polska Sp., Rybnicka 97
  1. Auchan, Krasne 20b
  1. Auchan, Zuzanny 20
  1. Auchan, Ustowo 45
  1. Auchan, Górczewska 124

Jeden komentarz do Ser kozi Picandou

  1. Piotr Adamczewski:

    Popo­łu­dnie wśród kóz
    Popo­łu­dnie wśród kóz
    Mój wiej­ski dom stoi na skraju lasu i nad wiel­kimi łąkami. Mam wspa­niały widok na Pusz­czę Białą oraz roz­le­głe pod­mo­kłe tereny zamiesz­kane przez żura­wie, cza­ple i inne pomniej­sze ptac­two. Teren wokół domu ( a jest tego nie­mal dwa hek­tary) leży na suchym, piasz­czy­stym wzgórku wyra­sta­ją­cym ponad łąki o mniej wię­cej dwa metry. Część poro­śnięta jest lasem, a część suchą, ostrą wydmową trawą. To wyma­rzone miej­sce do hodowli kóz.
    Lubię kozy — są zgrabne, ruchliwe, wydają się mądre i łatwo zaprzy­jaź­niają się z wła­ści­cie­lami. Zaletą kóz jest także ich mleko no i oczy­wi­ście sery. Nigdy jed­nak nie zde­cy­do­wa­łem się na kupno tych zwie­rząt, bo wyma­gają one sta­łej opieki. Nie można hodo­wać żadnych zwie­rząt dojeż­dża­jąc do nich na week­endy. Trzeba by osie­dlić się nad Narwią na stałe. Tak więc marze­nie o wła­snym kozim serze pozo­sta­nie dalej tylko mrzonką.
    A jed­nak cza­sem marze­nia się speł­niają. Choć w nieco innej postaci. Nie mam wpraw­dzie naj­mniej­szego nawet stadka kóz lecz mam (mimo usil­nych sta­rań by pre­zent ten szybko zużyć) wspa­niałe fran­cu­skie sery. Po raz trzeci dosta­łem z firmy Lait France aro­ma­tyczną prze­syłkę, którą mam obo­wią­zek (a ten rodzaj obo­wiąz­ków lubię naj­bar­dziej) zjeść i oce­nić. Poświę­ci­łem na to cały ostatni week­end. A co z tego wyni­kło zaraz opo­wiem.
    Zacznijmy od wiel­kiego okrą­głego pudła kry­ją­cego w sobie 24 maleń­kie krążki Pican­dou. Ojczy­zną tego świe­żego serka jest Bur­gun­dia. Jego śred­nica ma zale­d­wie 5 cm a wyso­kość około 1 cm. Serek nie ma skórki tylko kre­mowy lub biały miąższ bez dziu­rek. Ser zawiera 45 % tłusz­czu. Cha­rak­te­ry­zuje się bar­dzo deli­kat­nym sma­kiem i rów­nie łagod­nym tak cha­rak­te­ry­stycz­nym dla wszyst­kich kozich serów zapa­chem.
    Dłuż­szy czas zasta­na­wia­łem się nad odpo­wied­nim winem do Pican­dou. Mam wpraw­dzie w piw­niczce parę bute­lek bur­gunda ale wydało mi się to zbyt pro­ste, by ser z Bur­gun­dii, popi­jać winem z tegoż regionu. W pew­nej chwili zapach­niało mi ostat­nio „odkryte” wino uru­gwaj­skie z dwu wspa­nia­łych szcze­pów Mer­lot i Tan­nat a pro­du­ko­wane przez wło­ską rodzinę zamiesz­kałą za oce­anem od 150 lat. Się­gną­łem więc po butelkę Pisano i to był strzał w dzie­siątkę. Łagodne, z nieco nawet słod­ka­wym posma­kiem (choć to tylko złu­dze­nie) wino rodziny Pisano cudow­nie kon­tra­sto­wało z kozim aro­ma­tem i łagod­no­ścią połą­czoną jed­nak pikan­te­rią bur­gundz­kiego serka.
    Ser­kowi i winu towa­rzy­szyła jak Fran­cuzi każą chru­piąca bagietka. W pew­nym momen­cie posta­no­wi­łem pie­czywo pod­grzać. Gdy bagietka przy­ru­mie­niła się i była wręcz parząca ser nabrał nowego smaku. Leżąc na grzance roz­kwi­tał inten­syw­nym zapa­chem i spra­wiał wra­że­nie, że się topi. I wów­czas łyk chłod­nego wina spra­wiał, że uczta sta­wała się wprost kró­lew­ska.
    Całą ope­ra­cję powtó­rzy­łem i z dru­gim kozim przy­sma­kiem czyli Cabe­cou du Peri­gord. Ten jesz­cze mniej­szy (czy raczej bar­dziej pła­ski) krą­żek pach­niał nieco inten­syw­niej ale sma­ko­wał rów­nie łagod­nie jak jego bur­gundzki kuzyn. Nie zmie­ni­łem więc wina (choć musia­łem się­gnąć po kolejną butelkę) i pod­wie­czo­rek wesoło toczył się dalej.
    Po krót­kiej prze­rwie spo­wo­do­wa­nej przy­lo­tem pary żurawi, które też zabrały się do pod­wie­czorku nie­mal tuż za moim pło­tem, co pozwo­liło nam na bli­ską obser­wa­cję tych dys­tyn­go­wa­nych wiel­kich pta­ków, wró­ci­li­śmy do stołu. Żura­wie gło­śno krzy­cząc prze­cha­dzały się po łące a my – znacz­nie ciszej od pta­ków – zaczę­li­śmy oma­wiać walory dwóch pozo­sta­łych serów. Tym razem były to sery z kro­wiego paste­ry­zo­wa­nego mleka: Saint Mar­ce­lin Roy­anais i Cha­ource Ger­main. Oba nie­zwy­kłej deli­kat­no­ści i przez dłuż­szy czas nie byłem w sta­nie zde­cy­do­wać się, który mi bar­dziej przy­padł do gustu. Po dłuż­szej chwili zde­cy­do­wa­łem się na przy­zna­nie palmy pierw­szeń­stwa Cha­ource. Sub­telny aro­mat grzy­bowy cza­jący się gdzieś w tle i roz­bu­dzony czy raczej pod­kre­ślony winem był tym decy­du­ją­cym argu­men­tem.
    W tej dru­giej czę­ści posiłku serom towa­rzy­szyło inne wino. Tym razem fran­cu­skie. Aro­mat serów i pierw­sze kęsy zachę­ciły mnie do się­gnię­cia na wyż­szą półkę moich płyn­nych zaso­bów. Odkor­ko­wa­łem więc butelkę trzy­maną na dobre oka­zję. Był to Paul­liac z 1995 roku z win­nicy Barona Roth­schilda Cha­teau Duhart-Milon. Nie muszę chyba doda­wać, że ety­kietka opa­trzona była napi­sem Grand cru classe.
    I takiż to był posiłek!

Skomentuj